Wyszukiwarka
GALERIA PRZYJACIÓŁ

Janusz Zagórski
dziennikarz, badacz, popularyzator nauki, społecznik... i wiele innych. Po prostu Człowiek- Instytucja... więcej

Jurek Milewski, czyli Szaman Miejski
Lubi zaglądać w przyszłość.
Jego pasje to   numerologia i tarot ... więcej

 

Marcin Trygar
zwany przez przyjaciół Jezus. Można go spotkać w przejściach podziemnych Wrocławia jak... bębni. I TO  JAK!

Krysia Tyszkowska

Strażniczka Dni Kalendarza Majów- rozumie go i czuje niewyobrażalnie więcej

Krysia o kryształach... więcej, reinkarnacji...więcej i seksie... więcej

Kamil Rogiński Tekst Kamila o instrumentach, które robi, znalazłam na forum Shamanika i od razu wiedziałam, czego do tej pory brakowało na tych stronkach... więcej

Relacje uczestników

KOCHANI! Bez Waszych relacji te strony nie bedą żyły! Proszę, piszcie o swoich odczuciach, o których tak pięknie, szczerze i otwarcie potraficie opowiadać To ważne dla innych- którzy nigdy nie mieli okazji zetknąć się z tą energią- ale też dla Was i dla mnie. Relacje umieszczajcie bezpośrednio pod daną treścią/ artykułem (wykorzystując zamieszczony formularz), a kiedy te będą się zmieniać, relacje zostaną przeniesione do tego działu. Piszcie nawet wtedy, kiedy nie wydają Wam się one specjalnie atrakcyjne czy "odlotowe". Mają być SZCZERE.  Moje uwagi, odpowiedzi na pytania oraz komentarze innych spowodują, że nawzajem się od siebie bedziemy uczyć i uzyskiwać wsparcie . Można podawać imię, nazwisko lub tylko nick oraz e-mail, by można było bez trudności o coś zapytać autora. Proszę też o opinie dotyczące zawartości stron.

Zaczęłam od swoich spostrzeżeń oraz kilku relacji, które mi sie zachowały po wymianie telefonu (aparatu) i e-maila. Wszystko, co zamieszczam, zawsze jest za zgodą autorów... Czekamy na Was :)

 

Relacja Małgosi

Małgosia jest psychologiem, pracuje z dziećmi na Klinikach Wrocławskich. Ponad rok temu, wraz z mężem "załapali bakcyla gongowego". I tak im zostało

MEDYTACJA OCZYSZCZENIA
Rozpoczynam podróż w przestworzach fioletowej energii, która wokół rozściela się dużym płaszczem. Nie boję się. Tunel niesamowitej fioletowej głębi. Roztacza się ogromna nieograniczona przestrzeń. Ocean fioletu.
Wszystko zaczyna układać się w helix – spirala energii, która układa się i wiruje zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Czuję, że jestem zintegrowaną całością. Przestrzeń nie istnieje. Zatapiam się w tą głębie. Wiruję aż do ściany ?, progu ?......stop ! Chcę przejść ale czuję ból w sercu lekkie łzy, mocne uderzenie w serce, kłucie krótkotrwałe. A po chwili już dobrze …. Chcę przejść dalej.
Idę i oto zbawienny energetyczny deszcz, deszcz energetyczny rzęsisty i złoty. Znów przestrzeń kolista. Pokazuje drogę do źródła. Wędruje nie ma już granicy ja - nie – ja. Docieram do miejsca… Widzę postać w białych, śnieżnobiałych szatach, ale nie widać głowy. Postać siedzi zamyślona a dłonie opiera na kolanach, dłonie otwarte.
Słyszę dzwonki,,,,,
KONIEC MEDYTACJI… ALE SZKODA

Relacja Liwii,  pialivia@poczta.onet.pl  z seansu andrzejkowego w Gdyni (patrz Galeria)

Bardzo podobała mi się 'kąpiel' w Gongu. Widziałam naprawdę dużo wody: oceany, wzburzone fale, wodospady... moc/wibracja natury do mnie docierała przez kolejne fale muzyki...To było/jest piękne i teraz bardzo to czuję. Najpierw byłam oszołomiona, teraz czuję moc. Cieszę się, że przyjechaliście:)

Relacja Grzesia wgdansk@wp.pl

moje ciało stało się wibrującymi kropelkami

energia płynęła we mnie rzeką

obejmująca miłość promieniowała ze mnie

czule ogarniałem Ziemię

potem znalazłem się w całkowitej pustce i widziałem powstającą chmurę materii

szybko rozprzestrzeniającą sie we wszystkich kierunkach

łzy spływały mi po skroniach...

RELACJA MIRY   mira.morzyk@op.pl

 Zagrały gongi, a zaśpiewały mi flety - moja droga na koncert gongów i mis tybetańskich 19.02.2009 w sali Teatru Grotowskiego.
Wyszłam z koncertu oczarowana. I w pewnym momencie, w drodze do domu,  zaczęłam się śmiać. Dobrze, że byłam z koleżanką, bo i tak oglądano się za mną. Śmiejąc się, opowiedziałam jej historię kontaktów z gongami.
Zaczęło się bardzo nieciekawie, bo pierwszy, bezpośredni kontakt z gongiem miałam już ponad 4 lata temu. W czasie jednych z warsztatów, w których brałam udział. Na dużej przerwie jedna z pań zagrała na gongu. Miała to być sesja relaksacyjno - rekreacyjna po trzech dniach zajęć. Dziewczyna zaczęła "bębnić", a ja poczułam, że mi "uszy więdną". Po kilku minutach nie byłam już w stanie wytrzymać, bo w uszach mi dudniło, zacząła boleć głowa i "zakręciło" mi w brzuchu. Zrejterowałam aż poza budynek. Ponieważ dolegliwości ustępowały bardzo powoli, popołudniowe zajęcia warsztatowe były dla mnie praktycznie stracone. Szybko zapomniałam o gongu.
Aż znów, prawie dokładnie po roku, trafiłam na gongi. Na wrocławskim sympozjum, dotyczącym piramidy Cheopsa i przepowiedni z nią związanych, nomen omen też na dużej przerwie, dwie bardzo sympatyczne dziewczyny zagrały na gongu i misach tybetańskich. Sala była duża, scena dość daleko i mnóstwo przemieszczających się, tam i z powrotem, ludzi. Było więc szuranie stołków, głośne rozmowy, szelest papieru śniadaniowego i po słodyczach oraz inne różne odgłosy, a dopiero w tle mało słyszalne gong i misy. O czym tu mówić. Znów gongi i misy, do mnie przynajmniej, nie dotarły.
Gdy 2 lata temu, bardzo sympatyczna i lubiana koleżanka (ta właśnie Dotota), zaproponowała mi udział w sesji "kąpieli w dźwięku", oczywiście gongu, miałam bardzo mieszane uczucia. Więcej entuzjazmu wykazała moja córka, która z gongami miała dużo lepsze doświadczenia. Ale czego nie robi się dla towarzystwa, nawet Cygan... Pojechałyśmy. W niezbyt dużej sali, stało lub siedziało na materacach gimnastycznych, kilkanaście osób różnej płci i wieku. A ja, no cóż, maska na twarzy, a w środku bardzo ambiwalentne uczucia. Jestem pierwszy raz więc grzecznie stosuję się do wskazówek - zdjąć buty, położyć się na materacu i "wyciszyć" się. Hmmm... Zastosowałam się, powiedzmy, do większości wskazówek i zaczęło się...
Brzmienie gongu niewiele miało wspólnego z muzyką, do której przyzwyczaiłam się. Misy o wiele lepiej do mnie przemawiały swoim dźwiękiem. Ale nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażałam. Wreszcie się odprężyłam. Ba, pozwoliłam sobie, żeby ta wibracja (bo trudno ten dźwięk inaczej nazwać) wniknęła w moje ciało. Po kilku minutach poczułam, że zaczynam wewnętrznie drżeć. W mniejszym lub większym stopniu. Nie pozostał we mnie nawet jeden atom całego ciała fizycznego, który by nie odpowiedział drganiem na brzmienie gongu. Zdziwiło mnie to zjawisko. Spróbowałam jednak ponownie "wyciszyć" się. A po chwili usłuszałam...
Najpierw były to tabuny pędzących koni, potem odgłosy wiatru, pędzącego przez bezkresne przestrzenie. Potem ten wiatr trafił na organy wiatrowe (są takie, np. w Bieszczadach) i zaczął grać. Ale po chwili włączyła się okaryna, cudownie brzmiący dla mnie, flet gliniany. A potem to już nie wiem, co grało głośniej: okaryna, fletnia Pana czy zwykły flet drewniany. Gongu orawie już nie słyszałam. Ot, tak sobie pobrzękiwał, gdzieś na obrzeżach mojej świadomości.
Byłam zdziwiona i troszkę rozczarowana końcem seansu, no bo to już? Na następne seanse już nie trzeba było mnie namawiać.
Uruchomione na pierwszym seansie "omamy słuchowe" pojawiły się już na stałe, przy każdym kontakcie dźwiękowym z gongiem. Zmieniały się czasami grające "instrumenty", a czasami śpiewały mi chóry, ale flety były dla mnie stałym elementem wibracji gongów. Przypuszczałam, że sprzyjały temu okoliczności: przyjazna grupa osób, komfort leżenia i pełnego relaksu.
Z koncertami jest inaczej: dużo ludzi, różne emocje i nastawienie. Na koncert poszłam z koleżanką, pokrewną duszą. Mile mnie zaskoczyło, że wszyscy na sali zastosowali się do sugestii Doroty - po pierwszych dźwiękach dzwoneczków nastąpiła CISZA! Nie było chrząknięć, stęknięć, szurań i różnych innych odgłosów. Wygaszona dosłownie i w przenośni sala i tylko lekka poświata ze "sceny".
I zaczęły gongi GRAĆ!
Słuchajcie - 6 gongów w jednym crescendo mruczały, śpiewały, rozmawiały, współbrzmiały... oooch!!! To było COŚ! Zamknęłam oczy i wtopiłam się w ich drgania (bo nawet podłoga wibrowała!). Po chwili włączył się drewniany flet. Jak on pięknie grał, śpiewał, improwizował, opowiadał i odpowiadał, coraz głośniej, śmielej... Nie wytrzymałam. Otworzyłam oczy. Znałam 3 osoby z 6 grających. Zaczęłam szukać na scenie osoby, która tak fantastycznie improwizuje, bo flet wciąż grał! Po chwili miałam oczy jak spodki od filiżanek. Żadnego fletu nie było! Dobrze, że w tym momencie włączył się Piotr z pianinem w tą muzyczną rozmowę. Wtedy skończył się czar fletu, ale uczta trwała dalej! Potem jeszcze włączył się Tomek z aborygeńskimi instrumentami, ot takie cudowne perły na tle niezawodnych, wspaniałych gongistów: Doroty, Rysia, Roberta i oczywiście Tomka (muzyczny omnibus w tym składzie).
Dla mnie osobiście, ten koncert mógł trwać kilka godzin dłużej.
Zapytałam koleżankę o wrażenia z koncertu, bo dla niej to też była pierwsza taka impreza. Gdy ja pławiłam się w śpiewie fletu, ona tańczyła z tęczą. Ponoć wirowała i pływała jak piórko w przestworzach. Tańczyła z wszystkimi kolorami i pasmami tęczy, razem, osobno, z całą tęczą albo tylko z jej elementami, na wszystkie możliwe sposoby. Też była oczarowana.
Teraz z niecierpliwością czekam na następny koncert. Mam nadzieję, że publiczność również dopisze (jakościowo), tak jak poprzednia.
Żeby tylko nie klaskali...
 

 

 

Ilość komentarzy: 1 | Dodaj komentarz

Komentarze:

Moje doznania (0) ~Renata, 2009-07-18 22:56:53
za kazdym razem inne,widocznie mam duzo do przerobienia. Najbardziej niesamowite to spowolnienie oddechu do bolu i granic wytrzymalosci pluc-hiperwentylacja jaka mi sie nigdy wczesnie nie zdazyla.Mialam wrazenie ,ze pojemnosc pluc wzrosla wielokrotnie. Oddzielenie gornej czesci ciala od dolnej.Gorna-od pepka wzwyz -goraca,dolna-od pepka do stop -przejmujaco lodowata,jakby zamrozona. Wibracje w calym ciele,momentami trudne do wytrzymania, bo przechodzace w jakas nadpobudliwosc ruchowa.W sferze psyche-muzyka i spiewy,za kazdym razem inne. Potega gongow jest niesamowita.Jeszce wiele sie wydarzy. j
Wyraź swoją opinię:

powered by AdvaCMS